Moje włosy są ostatnio w średnim stanie. Elektryzują się plączą, są nieco szorstkie. Podczas szukania porad, jak sobie z tym poradzić, trafiłam na maseczki na bazie żółtka. Przepisów było wiele, więc było z czego wybierać. Jako, że od dłuższego czasu nie mam dostępu do całego mojego włosowego arsenału ;), musiałam ratować się tym, co było pod ręką.
Ostatecznie moja mikstura składała się z:
1 żółłtka
1 łyżeczki miodu
1 łyżki soku z cytryny
1 łyżeczki olejku Bambino
2 łyżeczek odżywki Jedwabna Regeneracja z Biosilk
Maseczka była dość rzadka, ale w ogóle nie spływała z włosów. Samo nakładanie nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy, jakbym wcierała we włosy wodę z cukrem. :P ("wina" miodu). Miksturę nałożyłam na suche włosy, które związałam w luźny koczek, na ok. 4 godziny (przeważnie dziewczyny kładą na 2 do 3 godzin, ale u mnie się to przedłużyło z powodu chwilowego braku wody. :P ). Po tym czasie miałam już konkretną skorupę na głowie...
Włosy umyłam w chłodnej wodzie (gdzieś wyczytałam, że zbyt ciepła może utrudnić zmywanie jajka) szamponem dla dzieci Bambino i płynem Facelle. Zmywanie maseczki nie sprawiało żadnych trudności, jedyne po wyschnięciu wydłubałam jakieś resztki jajka. :P Po całym zabieguwłosy prezentowały się tak:
Efekt? Włosy stały się bardziej miękkie, lekkie (czego nie znoszę), sypkie, błyszczące (w zasadzie nie bardziej niż zwykle). Na pewno stan włosów jest lepszy niż przed nałożeniem maseczki, z czego bardzo się cieszę. Jednak efekt sam w sobie nie do końca mi odpowiada.
Za jakiś czas na pewno znowu wykonam tę maseczkę, z nieco innymi składnikami i zobaczymy, jakie wtedy będą efekty. :)
A Wy stosujecie jajeczne maseczki?




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za komentarz :)